|
15-17.09.2006
Pakowanie jak zwykle na ostatnią chwilę. Jak to jest, że planujesz wyjazd z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a i tak ostatniego dnia coś jeszcze trzeba kupić?
Ogólna nerwówka. Pakuję rowery i okazuje się, że nowy bagażnik i błotnik do roweru Lucyny nie do końca do niego pasują. Mała przeróbka i wychodzę na prostą.
16-ego pobudka wcześnie rano. Taxi czeka, ale nie mieścimy się do jednego kombi. Jedziemy więc dwoma taksówkami.
Lotnisko. Odprawa. Lot do Warszawy. Oczekiwanie. Czuję się „doniczegowato”. Lucyna narzeka na to, że jej coś w nodze przeskoczyło i ją boli. Nie no super!!! Robi się nam z tego wyprawa geriatryczna. Ja mam prawy nadgarstek nie do końca wyleczony od trzech miesięcy. Ot skręcony w głupi sposób. Co prawda ostatnimi czasy chodziłem na zabiegi z tym nadgarstkiem, ale nie jest on na 100% sprawny. Ciekaw jestem jak będzie zachowywał się po całodziennej jeździe na rowerze. No i nadgarstek był też powodem, że ostatni raz byłem na rowerze 3 miesiące temu. Geriatrycznego smaczku naszej wyprawie dodaje fakt, że Lucynie od jakiegoś czasu cierpnie ramię przy dłuższej jeździe rowerem. Tak więc lista standardowych pytań, które zadajemy sobie przed taką wyprawą powiększyła się o jeszcze jedno: czy nasze dolegliwości skutecznie nie zepsują nam rowerowych planów.
We Frankfurcie dolegliwości moje i Lucyny mijają, choć Lucyna czuje ciężkość na żołądku. Znowu kilka godzin czekania na samolot i prawie 10-godzinny lot do Kolombo. No i pech: nie dojeżdża jeden z rowerów. Załatwiamy formalności w biurze bagażowym i bierzemy taksówkę do Hotelu Sansu, położonego niedaleko centrum Kolombo. Taxi załatwia się oficjalnie w biurze przy wyjściu z lotniska, więc nie ma obaw, że taksówkarz nas naciągnie. Kosztuje 1800Rs, czyli 18USD, co warte jest swojej ceny, zważywszy na godzinną jazdę w czystym, klimatyzowanym minibusie. Na marginesie: lepiej byłoby załatwić sobie nocleg w pobliskim Negombo zamiast pchać się do Kolombo, ale wtedy tego nie wiedzieliśmy.
Po drodze obserwujemy ruch lewostronny i to co tutaj wyprawia się na drodze. Normalnie Sajgon! Jedno jest pewne: jazda rowerem będzie sporym wyzwaniem.
W hotelu czeka na nas fajny pokój z klimatyzacją i łazienką za 20USD (w cenie śniadanie i Internet). Potem smaczny posiłek w restauracji na dachu i drzemka, bo wychodzi zmęczenie podróżą. Wieczorem dzwonię do biura bagażowego na lotnisku. Dowiaduję się tylko tyle, że mam czekać. Zostajemy w takim razie na drugą noc w Kolombo. Pozwiedzamy trochę, zaaklimatyzujemy się i mam nadzieję, że w tym czasie dotrze rower.
18.09.2006
Dolina psychiczna: rower nie dotarł. Nie ma sensu w tym przypadku marnować dnia, więc bierzemy taksówkę z hotelu i jedziemy do Kelaniya Raja Maha Vihara. To najważniejsza świątynia buddyjska w Kolombo - miejsce, które odwiedził Budda. Wrażenie robi na nas Dom Obrazów, pokryty wewnątrz malowidłami przedstawiającymi przeróżne historie dotyczące Buddy, bogów hinduistycznych i zniszczenia świątyni przez Portugalczyków. W ogóle nie widać tego, że te malowidła powstały w zeszłym wieku.

Modlitwy pod świętym drzewem w Kelaniya Raja Maha Vihara.
Wracamy do Kolombo, do centrum, na Slave Island. Cały kurs taksówka kosztuje 750Rs.
Chwilę kręcimy się w miejscu. Zahacza nas miejscowy i pyta, czy byliśmy na festiwalu. Na jakim festiwalu? Mówi, że właśnie kończy się trzydniowy festiwal w pobliskiej świątyni. Ok, jedziemy. Bierzemy tuktuka (motoriksza, których są tu tysiące). Błąd pierwszy: nie ustalamy ceny.
W świątyni próżno szukać festiwalu (to z pewnością była wkrętka), ale jest za to święty słoń i parę innych, ciekawych rzeczy do obejrzenia.

Kolombo – 99 posągów Buddy w jednej ze świątyń.
Dalej, wkręceni przez miejscowego „kolegę”, jedziemy do sklepu z kamieniami szlachetnymi, bo jest tam ponoć wyprzedaż. Lucyna kupuje 20-karatowego oszlifowanego topaza w odcieniu szampan.
Potem jeszcze kawałek tym samym tuktukiem do pobliskiego parku. Tuktuksiarz żąda 4000Rs. Oszalał chłopina! Daję mu 2000Rs, co i tak jest przynajmniej dwa razy za dużo. Niepotrzebny zgrzyt…
W parku dziesiątki młodych par wyznaje sobie miłość, kryjąc się w zakamarkach utworzonych przez dość niezwykłe pnie drzew.
Później posiłek w barze. Duża porcja makaronu lub ryżu z mięsem kosztuje 150-300Rs, czyli 1,5-3USD.
Wracamy piechotą do Slave Island. Po drodze mijamy stawek z małą pagodą. Potem spacer nadmorską promenadą. Znowu wyhacza nas jakiś miejscowy i przekonuje, że tam gdzie chcemy iść jest strefa zamknięta i, że znacznie lepiej pojechać na targ do Pettah. Nie wiem czemu go posłuchaliśmy. Zahipnotyzował nas czy co, mówiąc że kocha Wałęsę? Znowu bierzemy tuktuka, niby tańszego, ale i tak kasuje nas 1000Rs. Nie chce mi się kłócić i pewnie tuktuksiarz na to liczył. Jak turysta głupi niech płaci... A „kolega” dzięki nam pewnie podwiózł się tam gdzie chciał.
Targ w Pettah to normalnie masakra: chaos, hałas, tłok i czasami mało przyjemne zapachy. Zwijamy się stamtąd czym prędzej. Tym razem w wersji oszczędnościowej, czyli na piechotę. Po drodze obserwujemy miejscowe życie. Sajgon jaki tu panuje trudno opisać.


Uliczny ruch w Kolombo.
Lądujemy w hotelu już po zmierzchu. Chwilę potem zrywa się burza. W tym czasie dzwonię do biura bagażu zaginionego, na lotnisku w Kolombo. Tam mówią mi, że szukają mojego bagażu i że mam się uzbroić w cierpliwość. Kurcze, ja już się dawno w nią uzbroiłem! Dzwonię więc do Poznania - niech tam sprawdzą co mogło się stać z moim bagażem. Miła pani z lotniska mówi, że w Poznaniu go nie ma i w Warszawie też. Sugeruje mi zadzwonić jeszcze raz do Kolombo i ich przycisnąć o wysłanie teleksu do Frankfurtu. Tak też czynię i w duchu dziękuję opatrzności, że w hotelu mamy dostępny Internet ze Skype, dzięki czemu mogę dzwonić wszędzie za śmieszne pieniądze.
Tak czy siak humory siadają nam zupełnie. Rozważamy różne scenariusze: kupno roweru lub zostawienie części bagażu rowerowego w hotelu i kupienie dużego plecaka i w konsekwencji podróż autobusami. Drugi wariant zupełnie nam nie leży, ale pierwszy też, bo część przyczepki była zapakowana w zaginionej torbie. Przysłanie jej kurierem zajmie 4 dni. Dolina...
19.09.2006
Co prawda czeka nas wykupienie kolejnego noclegu w hotelu (trzeciego już), ale po kilku telefonach na lotniska w Poznaniu, Warszawie, Frankfurcie i Kolombo znalazła się zguba!!! Nie do wiary ile nas to nerwów kosztowało. Tak naprawdę, to dzisiaj już pogodziliśmy się z tym, że rower poszedł na straty. Uzgodniliśmy, że kupujemy gdzieś plecaki, przepakowujemy się, w hotelu płacimy za przechowanie pozostawionego bagażu i nie damy sobie zepsuć wakacji.
Okazało się, że od torby rowerowej musiała odpaść etykieta z numerem i rower znalazł się w Warszawie. Straciliśmy już tyle czasu (o kasie nie wspomnę), że dzisiejszy dzień poświęcimy na spakowanie się już do jazdy rowerem i wyleczenie snem jetlaga (rozstrojenie organizmu po podróży do innej strefy czasowej).
Hałas, syf i ten cholerny lewostronny ruch, jaki tu panuje był głównym powodem, że Kolombo będziemy opuszczać jutro jak tylko przyleci rower. Koszmarne miasto.
Lucyna bardzo się denerwuje przejazdem przez miasto. Kiedy wiozła nas taksówka w pierwszy dzień, to ja kręciłem kamerą ten zamiąch przez przednią szybę, a Lucyna umierała z przerażenia.
Dopisek Lucyny: Tak wielkiego karalucha jak wczoraj nie widziałam w życiu! Miał ok. 5cm długości i ok. 1cm szerokości. Oczywiście szał, a Igor zrobił mu jesień średniowiecza. Ale, jeśli się śmieci wyrzuca przed swój dom, to co się dziwić, że są robale! Ale też widzieliśmy pojemniki do segregacji śmieci, co zupełnie nie przeszkadzało miejscowym wyrzucać śmieci obok nich.
Warte podkreślenia jest to, że Lankijczycy są przemiłymi ludźmi, co w połączeniu z pysznym jedzeniem koi nasze nerwy.
20.09.2006
Kilka spostrzeżeń na początek: Kolombo przy całym swoim bagażu chaosu i brudu, jest także bardzo zielonym miastem. Wszędzie jest pełno drzew.
Do tutejszych gniazdek elektrycznych pasują nasze wtyczki i napięcie w sieci jest 230V.
W Kolombo w wielu miejscach są bankomaty. W większych sklepach, czy hotelach akceptowane są wszystkie standardowe karty, ale z American Express może być problem.
Opowieści ciąg dalszy.
Rankiem znowu dzwonię do biura zagubionego bagażu w Kolombo. Torba powinna dolecieć o 8:50. Mam czekać. Szlag mnie trafi już od tego czekania! Test cierpliwości czy co? Dzwonie tam co godzinę i robię się upierdliwy. W końcu łaskawie o 11:30 dzwonią do hotelu, że mają moją torbę. A dociera ona do hotelu dopiero o 13:30. Szybkie składanie roweru, co i tak zabiera godzinę, bo jedno z kół jest rozcentrowane, no i poważniejsza sprawa: zgięta jest największa tarcza od mechanizmu korbowego. Prostuję ją kombinerkami. Będzie działać.
Bierzemy taxi, by wydostać się poza miasto. Tak będzie bezpieczniej i szybciej. W końcu po 30km wyładowujemy się i składamy, stanowiąc jednocześnie atrakcję dla szybko powiększającej się grupki tubylców. Po kilku kilometrach jazdy - posiłek w przydrożnym barze. Kierownik baru ot tak bezinteresownie podarowuje nam ładną miskę wykonaną z palmy kokosowej. "To na pamiątkę." - mówi.
Przez następne 20km przyzwyczajamy się do jazdy i do zasad poruszania się w tym chaosie. Trzeba być bardzo czujnym, bo zdarzają się przypadki, że ktoś zajeżdża drogę lub włącza się do ruchu bez ostrzeżenia. Ciekawe jest jednak to, że jak się później dowiedzieliśmy: wypadki, czy stłuczki są bardzo rzadkie. I faktycznie na żadnym z samochodów nie widać najmniejszej rysy.
Docieramy do Kalutara. O 18:00 zmierzcha się, więc szukamy noclegu. W zasadzie to nie szukamy, bo pewien Lankijczyk poleca nam pewien ustronny (położony 1km od głównej drogi) hotel nad rzeką - Bandu River Inn. Miejsce faktycznie fajne. Pokój kosztuje 1300Rs. Lankijczyk nie chce się za bardzo odczepić. Ciśnienie idzie mi trochę w górę, gdy „kolega” dosiada się nam do kolacji. Ale muszę zwrócić honor, bo widać, że nie chce nas naciągnąć, natomiast chce nam pomóc. Opowiada o miejscach, które warto zobaczyć; jakie są ceny; gdzie warto zatrzymać się na noc. Udziela nam też garści rad odnośnie bezpieczeństwa. Dowiadujemy się mnóstwo ciekawych rzeczy o ludziach, o polityce, korupcji i dlaczego Tamilowie chcą autonomii.
Dzisiejszy dystans: 25km.

Widok świątyni Gangatilaka Vihara w Kalutara z Bandu River Inn
21.09.2006
Rano nasz znajomy czeka na nas przy śniadaniu. Przyniósł odręcznie narysowaną mapkę z wszystkimi ważnymi punktami. Nic za to nie chce, nawet nie zgadza się by zafundować mu śniadanie. Wyjeżdżamy o 9:00 zahaczając o miejscową buddyjską świątynię Gangatilaka Vihara, w której składa się datki w intencji pomyślności w podróży. Miejscowy, samozwańczy pewnie przewodnik, oprowadza mnie po świątyni tłumacząc wszystkie rytuały, symbole, itp. Warto to wiedzieć.

Brama do starej części świątyni Gangatilaka Vihara w Kalutara.
Po porannej ulewie wilgotność powietrza osiąga 100%, a temperatura w słońcu w południe wynosi 44C. Przy każdym postoju pot leje się z nas strużkami. Podczas jazdy jest trochę lepiej, bo chłodzi nas lekki wietrzyk. Ale nic to! Trzeba walczyć. Jeszcze kilka dni, a nasze organizmy przystosują się do tego klimatu.
Cały czas nie możemy otrząsnąć się z szoku kulturowego. Mijamy niekończące się zabudowania, częstokroć sklecone z kilkudziesięciu desek. Szokuje nas np. wsiadanie do autobusu w biegu, czy wyprzedzanie na czwartego, czy wciskanie się samochodów dosłownie na żyletkę.
Ruch na drodze nadal spory, ale z każdą chwilą kosztuje nas mniej nerwów.
Po drodze w Ambalangoda kupujemy małą drewnianą maskę, z wyrobu których słynie to miasto. Maski te pierwotnie były używane podczas tradycyjnych lankijskich tańców kolam.

Maski z Ambalangoda.
Dalsza droga coraz bardziej przypomina o tsunami z 2004 roku. Wiele zniszczonych i opuszczonych domów. Gdzieniegdzie domki przypominające szałasy. Smutny widok potęgują nagrobki położone zaraz przy drodze. Ale widać też, że sporo się odbudowuje dzięki międzynarodowej pomocy.

Prowizoryczne domostwa.
O zmierzchu po 66km docieramy do Hikkaduwa. Śpimy w hoteliku El Dorado. Pokój z klimatyzacją 1600Rs. |