Igor Czajkowski - wyprawy i wyczyny rowerowe
Mapka i podsumowanie     Pierwszy tydzień     Drugi tydzień     Trzeci tydzień     Pozostałe zdjęcia    
Drugi tydzień

22.09.2006
Nocleg w El Dorado był super, bo hotelik jest na uboczu, więc jest niesamowicie cicho. Do tego miła obsługa.
Po 20km dojeżdżamy do Galle, po drodze spotykając miejscowego kolarza, który wybrał się na trening. Na tak ruchliwej drodze to spore wyzwanie, ale też trening koncentracji.
W Galle wjeżdżamy do słynnego fortu, który wybudowali Holendrzy kilka wieków temu. Wewnątrz fortu jest małe, kolonialne miasteczko, z kościołami, meczetem, wieżą zegarową, latarnią, a to wszystko połączone kilkoma wąskimi uliczkami.

Latarnia morska, meczet i fragment fortu w Galle.

Jedna z uliczek w Galle.

W małej knajpce zjadamy obiad, podczas którego Lucyna walczy z pikantnymi krewetkami, ale jak potrawa nazywa się „diabelska”, to tego można było się spodziewać.
Pięć kilometrów za Galle kończymy dzisiejszą jazdę (w sumie 26km). To Unawatuna, najsłynniejsza plaża na Sri Lance. Faktycznie jest to nieziemsko piękne miejsce. Śpimy w Peacock Guest House, położonym zaraz na plaży. Pokój z klimatyzacją i śniadaniem kosztuje 2200Rs.

Widok z balkonu naszego hotelu w Unawatuna.

Zaraz potem bierzemy tuktuka i podjeżdżamy bliżej do oddalonej kawałek od Unawatuny plaży Jungle Beach. Okazuje się, że coś źle powiedzieliśmy tuktuksiarzowi i żeby dostać się do tej plaży trzeba było sporo podejść, przedzierając się przez zarośla wzdłuż kamienistej ścieżki. Ale za to mamy okazje obejrzeć urokliwe zakątki Unawatuny z domami i hotelikami niby zagubionymi w buszu. Co więcej zapytany o drogę miejscowy, który standardowo pyta nas skąd jesteśmy, słysząc „Poland” mówi „Warsaw” (Warszawa) i „dwaj bracia, prezydent i premier, rekord świata”. Szczęki opadają nam do kolan. Chwile potem podziwiamy młodzieńców wspinających się na palmy kokosowe bez żadnych zabezpieczeń itp.

Wspinaczka po kokosy.

Mamy też w końcu okazję sfotografować przepiękne rośliny.
Gdy docieramy na miejsce jest już 17:00, więc słońce powoli zbliża się do horyzontu. Idę popływać na miejscowej rafie, jednak woda nie jest super przejrzysta, a rafa nie powala swym urokiem. Pewnie nie trafiliśmy w odpowiednią porę roku i dnia. Szkoda.
Wracamy do hotelu tuktukiem inną drogą za 200Rs i cały czas przeżywamy jak daliśmy się naciągnąć w Kolombo. Powinniśmy zapłacić tam nie więcej niż 500Rs za każdy kurs tuktukiem.
Wieczorem kolacja przy świecach na plaży. Nogi obmywa nam fala. Full romantic. Błogi nastrój znika jak podają nam steki wołowe, o twardości pozwalającej zabijać co większe owady. Przynajmniej dwa fajne psiaki mają wyżerkę. Nigdy więcej wołowiny na Sri Lance! No i odradzam stołowanie się w tym miejscu, bo kolejny zamówiony posiłek po prostu miał zapach padliny. Kucharza powinni zabić, albo przynajmniej dać mu do jedzenia to co robi.

Inne spostrzeżenia: na Sri Lance wszędzie można napić się przepysznej herbaty, ale trzeba zamawiać ją jako „plain tea”, bo w przeciwnym razie zaserwują ją z mlekiem. Barbarzyństwo.

23.09.2006
Rano pakujemy się czym prędzej, bo czeka nas dzisiaj ciężki dzień. Mijamy wioski z malowniczymi zatokami i przepięknymi plażami. Śmiem twierdzić, że kilkanaście kilometrów za Unawatuna jest najpiękniejszą plażą, jaką widzieliśmy.
Połowa trasy mija dość szybko, a to za sprawą chmur przykrywających czasami słońce. Ale i tak pot leje się z nas litrami. Dodatkowe krople potu wyciska z nas rice&curry zjedzone w przydrożnym barze. Lucyna nieopacznie polewa ryz sosem od kurczaka i potem dostaje wytrzeszczu oczu. Ja jakoś lepiej znoszę pikantność, ale i tak ostrożnie dozuję dodatki do ryżu.
Ludzie po drodze pozdrawiają nas setki razy. Generalnie wzbudzamy sensację u miejscowych, a największą stanowi Lucyna. Tutaj w zasadzie nie spotka się kobiety na rowerze lub motocyklu, no chyba że jako pasażer, co jest zastanawiające zważywszy na popularność tych środków transportu. A do tego jesteśmy biali, ubrani w kolarskie stroje, mamy obładowane rowery. Nie mniejsze zainteresowanie wzbudza moja przyczepka, a szczególnie jej mocowanie do roweru. Miejscowi kręcą głowami z niedowierzaniem, że to się samo nie wyhaczy. Przekonuje ich, że ten polski patent świetnie się sprawdza.
We wiosce Dickwella skręcamy 3km do świątyni Wewurukannala z największym posągiem buddy (50m) na Sri Lance.

Świątynia Wewurukannala.

Lucyna zostaje na czatach, co zachęca nieco nieśmiałych, ale ciekawskich tubylców do podejścia, wypytania się skąd jesteśmy i przyjrzenia się rowerom. Ja w tym czasie robię rekonesans po świątyni (bilet 100Rs).
7km przed Tangalle skręcamy w stronę innej atrakcji Hoo-manija, gdzie fale wystrzeliwane są przez skalny lejek w 15 metrowa fontannę. Bilet 50Rs.
Pokonanie ostatnich kilometrów dzisiejszego 95-kilometrowego odcinka przychodzi nam z coraz większym trudem. Nawierzchnia drogi się pogorszyła i zaczęły się podjazdy.
Docieramy do Tangalle około 18:00. Śpimy w nadmorskiej dzielnicy Medaketiya w Gayana Guest House. Czysty i przyjemny pokoik. Cena po targowaniu 1000Rs ze śniadaniem. Hotelik w zasadzie opuszczony, a utrzymany w takiej czystości jakby był oblegany przez turystów. Zresztą inne liczne tu hoteliki też świecą pustkami. Po prostu tutaj nikt nie przyjeżdża, a właściciele tych obiektów ciągle mają nadzieją, że się to zmieni. I to nie stało się za sprawą tsunami. Tak jest od lat.
Po kolacji jedziemy tuktukiem do odległej o 10km plaży Rekawa. To miejsce niezwykle - jedno z niewielu, gdzie codziennie można zobaczyć żółwie morskie składające jaja. Od wielu lat plaża jest pod opieka TCP, organizacji chroniącej żółwie i ich miejsca lęgowe. Po przyjeździe na miejsce przewodnik z TCP zaprowadza nas na plaże, gdzie czekamy razem z małą grupką Lankijczyków i Anglików. Siedzimy w kompletnych ciemnościach rozświetlonych tylko milionami gwiazd Drogi Mlecznej, którą pięknie tutaj widać. Ostatni raz widziałem takie niebo na Madagaskarze. Nie możemy używać latarek, a tym bardziej lamp błyskowych, co może spowodować, że wystraszona żółwica nigdy więcej tu nie wróci. W tym czasie przewodnik opowiada o tym co możemy tu zobaczyć. Na tej plaży składa jaja 5 gatunków żółwi morskich z wszystkich 7 gatunków na świecie, z tym że najczęściej jest to żółw zielony. Plaża o długości 2km jest chroniona przez kilka osób 24 godziny na dobę. Także ludzie z pobliskiej rybackiej wioski dostają od TCP pieniądze za to, że nie niszczą gniazd (jaja żółwi są miejscowym afrodyzjakiem) i nie polują na żółwie dla mięsa lub skorup. Ochrona gniazd jest bardzo ważna ze względu na kłusowników (za jaja z jednego gniazda, tzw. fermy żółwi plącą dwa razy więcej niż taki rybak zarobi przez miesiąc) i wałęsające się psy, które mogą rozkopać gniazdo. Ważna jest też kontrola turystyki, aby światłami, czy hałasem nie płoszyć żółwi. Kiedyś na wszystkich plażach na południu Sri Lanki gniazdowały żółwie. Teraz odstraszają je światła z nadmorskich kurortów. Jak bardzo jest to ważne stanowi fakt, że żółwica składa jaja wyłącznie na tej plaży, na której sama przyszła na świat. By to zrobić wraca tu po około 40 latach. Składa jaja 3-4 razy w dwutygodniowych odstępach i następny raz wróci tu po około 5 latach.
Mija 23:30. Żółwi nie ma, a zwykle lądują na plaży między 20:00, a 22:00. Już mieliśmy zrezygnować z dalszego czekania, ale nagle z oddali docierają błyski latarki. To znak, ze strażnik znalazł żółwicę. Idziemy spory kawałek plażą, na sam jej koniec. Żółwica zostawiła na piasku charakterystyczne ślady swojej wędrówki. W tej chwili kończy wykopywać gniazdo, więc musimy jeszcze poczekać, aby jej nie spłoszyć. Dopiero, kiedy zacznie składać jaja wpada w pewnego rodzaju trans i wtedy nie docierają do niej żadne bodźce. Teraz można zobaczyć ją w świetle latarki. Piękna, ponad 115cm długości samica żółwia zielonego. To nieprawdopodobne jak swymi płetwami była w stanie wykopać tak głęboki dołek. Najpierw wykopuje około 50cm głęboki otwór, w którym cała się mieści. Później w tyle wykopuje jeszcze 20cm głębokie i o takiej samej średnicy, miejsce na 100 jaj, trochę większych od piłeczki pingpongowej. Zadziwiające jak może to zrobić tak niezdarne na lądzie zwierze. Podziwiamy ten niezwykły moment, który odbywa się tu nieprzerwanie każdej nocy od milionów lat. W tym czasie strażnicy z TCP mierzą żółwia i jaja.

Żółwica składająca jaja na plaży w Rękawa.

W czasie, gdy żółwica zakopuje gniazdo, my robimy odwrót. Jest już dobrze po północy. Po drodze spotykamy jeszcze dwie żółwice. Jedna zaczęła kopać gniazdo, druga dopiero wylądowała na plaży. Pełnia szczęścia! Wracamy do tuktuka, który cierpliwie na nas czeka. Uiszczamy jeszcze opłatę na rzecz TCP (600Rs od osoby) i wracamy do hotelu. Kurs tuktukiem w dwie strony kosztował w sumie 900Rs.

24.09.2006
Ciężko się dzisiaj wstaje. Wilgotno, bo cały ranek pada deszcz. Wyjeżdżamy o 12:00. Kilometry mijają powoli, a nasze ciała domagają się częstszych odpoczynków. Lucynie niestety zaczyna coraz bardziej cierpnąć ramię. Mój nadgarstek jak na razie radzi sobie nieźle.
Posuwając się coraz dalej na wschód widać, że zagląda tu niewielu turystów. Trudniej znaleźć osoby mówiące po angielsku, czy też nocleg lub bar na poziomie. Pisząc „na poziomie” mam na myśli takie miejsce, które nie odrzuca swą obskurnością, brudem, czy buchającym z wewnątrz gorącym powietrzem o niekoniecznie świeżym zapachu.
Po drodze próbujemy wielu owoców. Wiadomo smaczne, ale też niektóre rozczarowują, jak jabłko drzewne (kwaśne) i arbuzy (prawie bez smaku). Po 45km docieramy do Hambantota. Szukamy noclegu. Okazuje się to nie takie proste jak myśleliśmy. W końcu wynajmujemy tuktuka, który obwozi nas po najlepszych guest house'ach w mieście. Pierwszy Rest Inn jest zajęty, następny Beach Rest House stanowczo za drogi na swój standard - 2500Rs. Moim zdaniem powinien kosztować góra 1500Rs. Nie da się nic utargować. Jedziemy w końcu do Joy Inn i tam zostajemy (700Rs za dość obskurny pokój). Niestety nie ma innej alternatywy, bo jedyny sensowny hotel Peacock został zmieciony przez tsunami. Jest jeszcze Hotel Oasis, ale musielibyśmy cofnąć się rowerami 7km. Nie jest to nam na rękę, bo następnego dnia planujemy dzień bez roweru i safari w lagunie Bundala, do której trzeba wynająć jeepa w Hambantota.
Idziemy na kolację, ale okazuje się, że nie ma tu żadnej restauracji. Są tylko małe bary z rice&curry. Głód zmusza nas do tego by skorzystać z takiego przybytku, ale nie jest łatwo. Syf w środku panuje maksymalny. Pod stołami kosze na kawałki gazet, które służą tu za serwetki. Tylko my białasy dostajemy talerze i tu uwaga wyłożone folią dla higieny. Miejscowi zamiast talerzy dostają kawałek gazety. Oczywiście nie pijemy wody podawanej do posiłku, bo nie chcemy mieć sensacji gastrycznych. No i rzecz jasna stanowimy nie małą atrakcję, co powoduje, że wszystkie stoliki wokół nas szybko się zapełniają. Może zaczniemy na tym zarabiać?
Później robimy małe zakupy w niewielkim supermarkecie o standardzie europejskim. Mało jest takich sklepów, ale w miastach się zdarzają. Kupujemy bardzo ważną rzecz – cytrynowy olejek przeciwko komarom, bo Autan tutaj nie zdaje egzaminu.
Wracamy do pokoju. Lucyna chce robić pranie. Wchodząc do łazienki zauważa 5-centymetrowego karaczana.

Karaczan w rozmiarze rzeczywistym.

Tym razem obeszło się bez krzyku, ale chwilę później po szerszym otwarciu drzwi okazuje się, że jest ich więcej. Wyszły z kratki kanalizacyjnej i wędrują po podłodze i sedesie. Lucyna nie wytrzymuje. Jej wrodzony wstręt do robactwa powoduje wybuch płaczu. Próbuję zapanować nad sytuacją pocieszając Lucynę i robiąc owadom eksterminację. Lucyna po chwili przełamuje się i robi pranie. Podziwiam ją za to jak potrafi przełamywać własne bariery. Noc nie należy do udanych. Jest duszno i głośno z pobliskiej ulicy. A widmo robactwa nie pozwalało Lucynie długo zasnąć.

25.09.2006
Rano zbudziły nas odgłosy z drogi. Z trudem otwieramy oczy. Gospodyni nie zrobi nam śniadania, bo coś tam - tłumaczy pokrętnie. Jedziemy tuktukiem najpierw do pozostałości Hotelu Peacock (zniszczony przez tsunami), bo w okolicy ma być ktoś, kto zorganizuje nam wycieczkę do laguny Bundala. I faktycznie jest, ale kawałek dalej. Wycieczka kosztuje 3000Rs. Za ta cenę mamy jeepa dla siebie wraz kierowcą-przewodnikiem.
Po drodze zatrzymujemy się na śniadanie: śmieszne placki ryżowe z dodatkiem grochu z curry. Można się tym najeść. Do spróbowania dostajemy różne słodycze, tym ciastka z pieczonego ryżu, oczywiście z dodatkiem curry. Chwilę potem wjeżdżamy do bram parku. Za wstęp płacimy w sumie 2800Rs, bo bilety kosztują 800Rs od osoby, ale dochodzi do tego oplata za wjazd jeepem i VAT. Dosiada się do nas strażnik parku. Warto zaznaczyć, że ten 3700 hektarowy park chroni wiele gatunków fauny, a przede wszystkim ptactwa. Wiele gatunków ptaków ma tutaj przystanek podczas swoich corocznych migracji. Ponad dwugodzinne safari jest niesamowite. Mamy okazję widzieć mnóstwo gatunków ptaków. Widok pawia siedzącego na drzewie w jego naturalnym środowisku będziemy długo pamiętać. Do tego zimorodki, pszczołojady, ibisy, czaple, kormorany, pelikany, flamingi i mnóstwo innych ptaków. Widzimy też małpy, krokodyla, iguany i warana. Nie mamy jednak szczęścia by spotkać słonie, choć wszędzie dookoła widać ślady ich bytności.

Laguna Bundala

Małpy w Laguna Bundala.

W drodze powrotnej przewodnik pyta czy jedliśmy miejscowy jogurt. Poleca go z dodatkiem miodu na wieczorny deser. Jogurt jest przechowywany w glinianych miskach. Całość kosztuje 100Rs. Chwilę potem lądujemy na pysznym obiedzie w restauracji Double N, której wczoraj nie znaleźliśmy. Ja w przerwach staram się pisać, bo mam małe zaległości. Na szczęście niedaleko jest Internet. W guest house wypijamy dwa dzbanki pysznej herbaty i konsumujemy wspomniany wcześniej jogurt z miodem. Bardzo smaczne i jak się później okazało bez skutków ubocznych. A to wszystko w towarzystwie cykad i nieodłącznych gekonów, polujących na owady w pobliżu lamp. Pozostaje tylko pakowanie, by jutro rano zwinąć się stąd jak najszybciej.

26.09.2006
Pobudka o 6:30. Na śniadanie jak zwykle tosty, jajka, dżem i masło. Tym razem jednak poprosiliśmy, żeby nie było jajek, bo nie możemy już na nie patrzeć.
Zaraz za Hambantota zatrzymujemy się przy największej na wyspie fabryce soli uzyskiwanej przez odparowanie wody morskiej. Uzyskana w ten sposób sól układana jest w długich na około 50m i wysokich na 2m stożkowatych kopcach. Niektóre z nich obłożone są liśćmi palmy w ochronie przed deszczem.
Rano jedzie się dobrze, bo słońce nie grzeje za mocno. Potem koło południa piecze jednak niemiłosiernie. Temperatura osiąga 41 stopni. Całe szczęście, że powietrze jest suche, bo jesteśmy już w głębi lądu. No i wieje wiatr, który pomaga nam znieść ten ukrop. Ale nieczęsto znaleźć można przydrożny sklep z napojami z lodówki.
Krajobraz się zmienia. Palmy prawie zniknęły, zastąpione roślinnością charakterystyczną dla sawanny. Ziemia ma tu wyraźny, pomarańczowy kolor. Ludzie reagują na nas jeszcze bardziej żywiołowo, co spowodowane jest faktem, że cykloturyści w te okolice zapuszczają się bardzo rzadko. Tubylcy nawet bezinteresownie częstują nas mango, ale też zdarza się, że nasze spodenki kolarskie wywołują wybuch śmiechu u kobiet.
Po 90km docieramy do Wellawaya. Dzisiejszy etap nie należał do łatwych, chociażby z tego powodu, że cały czas delikatnie było pod górę. Ostatni kilometr przed Wellawaya powitał nas widokiem gór, w które jutro wjedziemy. Śpimy w fajnie położonym hoteliku Saranga Holiday Inn. Pokój z klimatyzacją kosztuje 750Rs. Trochę obskurny, a klimatyzacja działa w zasadzie tylko w tym sensie, że robi dużo hałasu. Muszę założyć zatyczki do uszu, bo nie mogę zasnąć. Jest jeszcze małe miejscowe zaskoczenie - trochę inne gniazdko elektryczne (o większym rozstawie otworów) i co za tym idzie: nie można wsadzić do niej europejskiej wtyczki.
Wieczorem instaluję Skype'a w miejscowym Internet Cafe, którego właściciel wcześniej o tym komunikatorze nie słyszał.

27.09.2006
Rano zostawiamy wszystko w pokoju i bierzemy tuktuka (300Rs w dwie strony) do oddalonego o 5km Buduruwagala (wstęp 100Rs). To takie miejsce w środku sawannowej dżungli, które można odwiedzić ze względu na dość ciekawe posągi wykute w skale w X wieku. Jest ich siedem. Najwyższy posąg buddy ma 16m wysokości i pozostały jeszcze na nim ślady oryginalnego stucco (gipsowa okładzina) wraz z pomarańczowym kolorem.

Posągi w Buduruwagala.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy niewielkim sztucznym jeziorze, kawałek od Buduruwagala, co daje nam okazję nacieszyć oczy widokiem licznie zgromadzonego tu ptactwa (pawie, czaple, zimorodki).
Po powrocie do Wellawaya jemy śniadanie w takim niby barze, gdzie stołują się lokale. Smaczne bulki z warzywnym nadzieniem przyprawionym pikantnie curry i filiżanką herbaty stawiają nas na nogi.

Tutaj można wypić poranną herbatę.

Później w miejscowym banku wymieniamy dolary. Cała operacja ciągnie się ponad pół godziny, bo każdy banknot jest kilka razy oglądany i spisywany jego numer. Nie przyjmują jednego banknotu, bo ma jakiś znaczek napisany długopisem.
Wyjeżdżamy o 11:00. Pierwsze 4km są płaskie, ale potem zaczyna się 26km podjazdu do Ella. Nie wiedzieliśmy tego i spodziewając się, że Ella leży w dolinie, za każdym zakrętem wypatrywaliśmy zjazdu. Podjeżdżało się ciężko, bo ponad połowę drogi mieliliśmy na największym przełożeniu.

W drodze do Ella.

Gdzieś po drodze pijemy sok z kokosa przy przydrożnym sklepiku. Pół metra ode mnie na tej samej ławce siedzi 30-centymetrowa jaszczurka i obserwuje nas z ciekawością.

Ciekawska jaszczurka.

Jako, że jesteśmy w górach to ruch na drodze zrobił się mniejszy. Kilkakrotnie spotykamy małpy buszujące na przydrożnych drzewach, w tym makaki, które wydają się zupełnie nie zwracać na nas uwagi. Zupełnie inaczej jest z dzieciakami. Dla nich jesteśmy bardzo dużą ciekawostką.
6km przed Ella jest ponad 90-metrowy wodospad Rawana Ella. Podbiega do nas miejscowy z garścią różnych minerałów i mówi, że to prezent, ale chciałby za to jakiś polski pieniądz. Ponoć kolekcjoner. Zresztą kilkakrotnie tego dnia miejscowi pytają nas o polskie monety. Ale przestają ich one bardziej interesować jak dowiadują się, że to nie euro. Tacy z nich wyrachowani „kolekcjonerzy”.
Około 17:00 docieramy do Ella, przepięknej wioski położonej na przełęczy o wysokości 1041m n.p.m. Śpimy w hoteliku Rock View Inn. Pokój w nowym skrzydle (800Rs) jest po prostu super. Wszystko nowe i czyste, a do tego ładny widok z balkonu. Przemiła obsługa obchodzi się z nami iście po królewsku. Na miejscu jemy pyszną kolację. Potem jeszcze Internet w centrum wioski (niestety chodzi po modemie) i idziemy spać. W środku nocy budzimy się chyba z tego powodu, że odwykliśmy od ciszy oraz czystego i pachnącego prześcieradła. Dzisiejszy dystans: 30km z prędkością średnią 9km/godz.

28.09.2006
Pobudka o 6:30. Śniadanie na balkonie z widokiem na góry. Obok na drzewie chlebowym szaleją wiewiórki.

Owoce drzewa chlebowego są przysmakiem wiewiórek.

Ruszamy w drogę. Najpierw trochę zjazdu, potem podjazd do Bandarawela. W mieście spory ruch i chaos. Potem 22km do Wellamada, ale w połowie zjazd. Decydujemy się jechać dalej w kierunku Nuwara Elya. Cały czas pod górę. Z każdą godziną jest coraz trudniej. Droga zrobiła się bardzo wąska i kręta, co nie przeszkadza samochodom się wyprzedzać. Dwukrotnie w takiej sytuacji musimy zjechać na pobocze.

Widoki w górach wynagradzają wysiłek.

Pod wieczór robi chłodno i zrywa się wiatr. Zakładamy buzy z długim rękawem. Lucyna słabnie z każdą minutą. Gdzieś na 6km przed Nuwara Eliya, na wysokości około 1700m n.p.m. znajdujemy przycupnięty na zboczu niezwykły hotelik Humbugs Resort. Super pokój z wielkim oknem i widokiem na góry kosztuje 1500Rs. Cena nienegocjowalna. Cały hotelik mamy dla siebie. Ciekawostką jest to, że właściciel hotelu ma plantację truskawek, więc po kolacji jemy lody truskawkowe.
Dzisiejszy dystans: 55km.

29.09.2006
Rano Lucyna ma kryzys. Śniadanie, w tym pyszne jajka na bekonie, nie chce przejść jej przez gardło. Jest bardzo słaba. Objawy wskazują na przemęczenie, co dodatkowo wzmocnione jest lekkim oparzeniem słonecznym (spiekliśmy sobie trochę ręce i nogi, nie posmarowawszy się filtrem wczoraj od samego rana). Jest słaba i wybucha płaczem, czyli ewidentnie kryzys fizyczny i psychiczny. W takim stanie nie ma mowy abyśmy jechali rowerami do Nuwara Eliya. Właściciel hotelu załatwia mały samochód dostawczy i przenosimy się do rzeczonego Nuwara Eliya - najwyżej położonego miasta na wyspie. Miejsc do spania jest tu mnóstwo. Sprawdzamy trzy i zostajemy w Keena Guest House. Czysty pokoik za 1000Rs.
Lucyna ma gorączkę 38C, więc aplikuję jej stosowne lekarstwa. Pod wieczór gorączka ustępuje i powoli wracają jej siły witalne. Idziemy więc kilkaset metrów do centrum do Internetu (6Rs/min).

<< poprzednia strona do góry następna strona >>