Igor Czajkowski - wyprawy i wyczyny rowerowe
Mapka i podsumowanie     Pierwszy tydzień     Drugi tydzień     Trzeci tydzień     Pozostałe zdjęcia    
Trzeci tydzień

30.09.2006
Na wstępie kilka słów o Nuwara Eliya. To najwyżej położone miasto na wyspie - około 1800m n.p.m., w zasadzie zawdzięcza swoje istnienie Anglikom, którzy „odkryli” to miejsce w 1819 roku. Późnej zaczęli rozwijać tu rolnictwo. Co ciekawe, najpierw zaczęto hodować tu kawę, ale później pod koniec XIX wieku zastąpiono ją herbatą i tak zostało do dziś. Okoliczne zbocza porastają urokliwe plantacje herbaty lub tarasowe poletka z warzywami, takimi jak marchew, pomidory, ziemniaki, fasola, czy por.

Pola w okolicach Nuwara Eliya.

Większość tutejszej populacji stanowią Tamilowie „zaimportowani” z Indii przez Anglików do uprawy herbaty. Dlatego też częściej widać tu meczety lub świątynie hinduistyczne.

Opis dzisiejszego dnia:
Lucyna rano czuje się dobrze, ale decydujemy, że dzisiaj będzie jeszcze jeden bez roweru. Idziemy do centrum miasta wypłacić trochę pieniędzy „ze ściany”. Zaliczam też fryzjera (150Rs), który w ramach usługi serwuje mi masaż głowy z użyciem jakiejś ziołowej mikstury.
Lucyna szaleje w sklepie z materiałami. Fakt: piękne jedwabie za naprawdę przystępną cenę.
Bierzemy taksówkę (1000Rs) na kilkugodzinną wycieczkę, najpierw do ogrodu botanicznego Hakgala i potem do fabryki herbaty Pedro. Ogrody pochodzą z 1861 roku. Są bardzo rozległe. Niesamowita ilość gatunków drzew i kwiatów. Wiele kwiatów tutaj stanowi atrakcję dla miejscowych, ale nam są dobrze znane z polskich rabatek - róże, pelargonie, cynie, astry, lwie paszcze. Zachwycają nas pobliskie wzgórza - niesamowite widoki! Atrakcje jak zwykle stanowimy też my - miejscowy chłopak prosi mnie o wspólne zdjęcie.
Wizyta w fabryce herbaty Pedro jest krótka. Musimy założyć fartuchy i nakrycia głowy. Obserwujemy etap zwożenia herbaty do fabryki, jej ważenie, suszenie i sortowanie. Dalsze etapy produkcji, a więc rolowanie i fermentacja odbywają się w nocy. Robimy zdjęcia, ale nie wolno filmować. Niestety nie jesteśmy w stanie w żaden sposób przekazać zapachów, jakie towarzyszą nam podczas tej półgodzinnej wędrówki. Cały proces produkcji trwa 24 godziny i kolejne etapy odbywają się w określonych odstępach czasu. Oczywiście nie omija nas degustacja herbaty – napar ma przepiękny pomarańczowy kolor i delikatny aromat. Zawdzięcza to miejscu hodowli (jest to tzw. herbata high grown, czyli pochodząca z plantacji powyżej 1200m n.p.m., a w tym konkretnym przypadku z okolic Nuwara Eliya), jak i delikatnemu procesowi obróbki. W przyfabrycznym sklepiku kupujemy jej dwa rodzaje Orange Pekoe (herbata czarna, liście nie łamane) i zieloną. Dowiadujemy się, że zbieraczka herbaty pracuje 6 dni w tygodniu po 8 godzin. Za dzień pracy dostaje 200Rs, czyli 2USD. Ma natomiast zapewniony dach nad głową, odzież i wyżywienie. Kiedy kiwamy głowami z niedowierzaniem, przewodniczka mówi nam, że ona zarabia dziennie 65Rs!

Degustacja herbaty w fabryce Pedro.

Wracamy do miasteczka. Całe przedpołudnie szukaliśmy chętnych na wycieczkę na Adam's Peak. Niestety wygląda na to, że poza sezonem pielgrzymkowym brakuje chętnych na tą eskapadę, choć spotkaliśmy kilku białasów.
Lucyna nie czuje się jeszcze najlepiej. Cały dzień doskwiera jej żołądek i tli się niewielka już na szczęście gorączka. W tej sytuacji decyduję się pokonać sam 4800 kamiennych stopni na szczyt Adama. Kierowca taksówki ma się stawić pod hotelem o 23:00. Niestety koszt przejazdu do położonej u podnóża góry wioski Dalhousie, wynoszący 3800Rs musimy pokryć sami. Po krótkiej godzinnej drzemce wyjeżdżam o 23:00.

1.10.2006
Podczas jazdy nie da się niestety spać, bo droga jest kreta i wyboista, a kierowca oczywiście jedzie po niej z lankijska brawurą. O 1:00 jesteśmy w Dalhousie. Ucinam sobie godzinną drzemkę. O 2:00 wyruszam w trasę (start z wysokości 1300m n.p.m.). Totalne ciemności rozświetla tylko moja diodowa czołówka i gwiaździste niebo, co daje nadzieję, że będzie ładny wschód słońca na szczycie. Dookoła żywego ducha. Jedyne odgłosy, jakie słychać to szum płynącego gdzieś w pobliżu strumyka. Początkowo szlak jest szeroki i trudno go zgubić. Po kilkunastu minutach dołącza do mnie dwójka Holendrów i dwa psy, które w ramach woluntariatu (a raczej za kilka ciastek) będą nam towarzyszyć już przez całą drogę. To dobrze, bo przynajmniej mamy pewność, że zaalarmują nas gdyby na ścieżce czaił się wąż (na wyspie jest 6 gatunków śmiertelnie jadowitych węży). Koledzy wybrali się na wspinaczkę nie do końca przygotowani, bo z ich latarki w pewnej chwili się wyczerpują, choć w zasadzie dawały tak mizerne światło, że nie ma dużej różnicy. Pożyczam im drugą czołówkę, którą wziąłem na wszelki wypadek. Szlak w pewnym momencie idzie boczną ścieżką, omijając zamknięty z powodu remontu jeden z odcinków. Bez naszych czołówek byłoby tu trudno przejść po śliskich kamieniach. Ścieżka wraca do głównego szlaku i chwilę potem zaczynają się strome schody (jakieś 1500), pod koniec wyposażone w poręcze. Od godziny idziemy w chmurze, toteż widoczność drastycznie spadła. No i nie wróży to dobrze, jeśli chodzi o wschód słońca. Do tego wieje zimny, porywisty wiatr. Na górze jesteśmy o 4:30, czyli o półtorej godziny szybciej niż średnia podawana w przewodniku. Na początku nie zdajemy sobie sprawy, że to szczyt (2225m n.p.m.), bo po wyjściu z kolejnej partii schodów postanowiliśmy schronić się przed wiatrem i chwilę odsapnąć w zaciszu znajdujących się tu budynków. Mieszkający tu strażnik świątyni, usłyszawszy nasze głosy, zaprasza nas do środka swojego pokoiku, który dzieli z dwoma innymi współlokatorami. W środku jest przyjemnie ciepło. Dostajemy gorącą herbatę. Super! Psy dostają ciastka. Chwilę potem na szczyt wdrapują się trzy stewardesy z Air Italia: Niemka, Argentynka i Włoszka - oczywiście nie w służbowych strojach ;-). Oczekiwanie na świt upływa nam na dyskusji na różne tematy. Niestety świt około 6:00 zastaje nas w chmurach. Nici z widoków (w tym z ponoć niesamowitego widoku cienia naszego szczytu), po które się tu wspinaliśmy. Wychodzi na to, że najlepiej wspinać się podczas sezonu pielgrzymkowego (grudzień-maj), kiedy pogoda jest prawie pewna. Wtedy też cały szlak jest oświetlony, a po drodze można coś zjeść i napić się herbaty. Ale wtedy bywają noce, że na górę wspina się kilka tysięcy pielgrzymów.
0 6:30 strażnik otwiera świątynię. Oczywiście trzeba wejść tam boso, co zważywszy, że jest mokro jest małym szokiem termicznym dla stóp. Świątynia totalnie rozczarowuje, bo jest to niewielki budynek, a rzekomy odcisk stopy Buddy jest zasłonięty metalową płytą. Pewnie jest odsłaniana podczas tzw. pudży, ale o której godzinie ona jest, tego nie wiem. Czekamy jeszcze pół godziny w nadziei, że chmury się rozpierzchną, ale nic z tego. Schodzimy całą paczką, tym razem wraz z trzema psami.

Tysiące schodów na Adam’s Peak

Po drodze już pod warstwą chmur roztaczają się przepiękne widoki okolicznych gór wraz z kilkoma wodospadami. Zejście zajmuje nam dwie i pół godziny. Pod koniec nogi mam z waty, a raczej z galarety. Potem powrotna jazda taksówką do Nuwara Eliya. Po drodze przepiękne widoki. Dopada mnie zmęczenie i senność. Głowa spada, ale nie da się spać podczas jazdy. Do Nuwara Eliya docieram po 11:30. Lucyna jest spakowana i po śniadaniu. Pakujemy się na rowery, dajemy jeszcze napiwki obsługującym nas chłopakom i w drogę. Wyjeżdżamy co prawda późno, ale ma być z górki i tylko około 70km. Niestety sam wyjazd z Nuwara Eliya to lekki podjazd, ale wytrzymamy skoro lada moment będziemy w końcu zjeżdżać. Nagle zabrakło drogi. OK - remonty mogą być wszędzie. Po chwili piękny asfalt, no i z górki. Euforia! Martwię się tylko, że mają być piękne widoki i nie wiem kto z nas będzie się poświęcał, przerywał zjazd by zrobić fotkę. Problem rozwiązał się sam - po 2km znowu zabrakło asfaltu. Zaczęła się 25-kilometrowa mordęga. Odcinek drogi do Ramboda jest tragiczny - bardzo stromo z górki, piasek, kamyki, glina, koparki, ciężarówki, itp. Co jakiś czas przejeżdża beczkowóz polewając nawierzchnię wodą, by się nie kurzyło. Nam dało to tylko tyle, że zamiast rudego kurzu mieliśmy na rowerach i bagażach rude błoto. Szczerze powiedziawszy, pozdrowienia pracujących przy budowie drogi Lankijczyków odnosiły odwrotny skutek u nas, niż radość. Fajnie czasami kiedy nikt nie rozumie polskiego ;-)

Droga z Nuwara Elita do Ramboda wymagała sporo wytrzymałości.

Remont drogi nie przeszkadza miejscowym uskuteczniać swoich słynnych, karkołomnych mijanek. My cały czas na hamulcach. Nie wyobrażam sobie jechać tu rowerem z bagażem pod górę, ani samochodem po ciemku. Po drodze wodospady, ale nie mamy ochoty na zdjęcia. Za to stanowczo potrzebujemy coś zjeść. Pierwszy raz podczas naszego pobytu na Sri Lance jemy tak paskudny ryż z dodatkami - w barze w Ramboda jedzenie porostu śmierdzi.
Japończyk nadzorujący prace budowlane w pobliskim tunelu robi nam fotkę. Śmieje się, gdy wołam do niego: „one dolar please”. Cóż, do końca naszego pobytu będziemy atrakcją. Od Ramboda aż do Gampola jest cudowny zjazd. Asfalt gładki jak stół. Zaczynamy być jednak zmęczeni dość długim dniem wyczerpującej jazdy
.

Nareszcie można trochę poszaleć.

Żeby nie było za spokojnie łapię gumę. W oponie tkwi rekordowej długości gwóźdź, circa 7cm.

Gwóźdź gigant, który znalazłem w mojej oponie.

Wymieniam więc dętkę. Ta operacja zajmuje nam pół godziny. Warte podkreślenia jest to, że za każdym razem kiedy zatrzymujemy się na poboczu znajdzie się ktoś, kto zapyta co się stało, czy nam pomóc. I tym razem też tak było.
Na szczęście aż do Kandy droga nam sprzyja: szeroka i prawie cały czas z górki. O 18:00 robi się całkowicie ciemno, więc zakładamy czołówki. Nagle widok jak z filmu „Ptaki”. Tysiące nietoperzy i to jakich dużych! To mieszkańcy pobliskiego Peradeniya Botanical Gardens, którzy codziennie po zmierzchu opuszczają drzewa parku, by poszukać w okolicy owoców na kolację. Zgodnie ze wskazówkami z przewodnika kierujemy się w pobliże Clocktower, by odbić w prawo i kierować się na Saranankara Road z kilkoma tanimi hotelikami. Zagaduje nas ktoś po angielsku - rozpoznaje Holendra, którego spotkaliśmy już wcześniej w Ella. Mówi nam, że śpi w Kandy Inn. Zatrzymujemy się jednak na noc w niżej położonym hoteliku - Golden View - nie chce nam się iść wyżej, a poza tym kusi nas możliwość zafundowania sobie masaży ayurvedyjskich i sauny. Na miejscu jesteśmy o 19:30. Rowery i bagaże są totalnie obłocone. Pewnie gdzie indziej obsługa hotelu miałaby problem czy pozwolić nam wnieść to wszystko do pokoju ale nie tutaj :-). Pokój jest duży, obok balkon z suszarką do prania. No i cena 1000Rs jest bardzo OK. Jesteśmy tak potwornie zmęczeni, że zapominamy o targowaniu. Niestety nie mają nic do picia w lodówce, oprócz wody. Jestem wściekły, bo mam ochotę na piwo (swoją drogą miejscowe piwo jest bardzo dobre). Sam nie wiem skąd mój humor - tuktusiarza, któremu nie opłaca się tutaj przejechać pół kilometra za 60Rs mam ochotę wstrząsnąć. Jemy kolację w KFC. Obok jest market spożywczy i chcemy zrobić zakupy. Niestety nie mają ani piwa, ani pieczywa, ani napojów z lodówki, za to potwornie śmierdzi w pobliżu stoiska z rybami. Porażka... Do tego zakwasy w nogach, które zaczynają mi się dawać we znaki i do końca dnia mam humor, który Lusi określa mianem „bez noża nie podchodź”.

2.10.2006
Rano nie jest lepiej - nie mogę chodzić. Nie pamiętam abym kiedykolwiek miał takie zakwasy. Pokonanie kilkunastu schodów to walka z bólem. Dolina... Planowaliśmy od rana zobaczyć słonie w Pinnawala, potem zwiedzić Kandy i następnego dnia rano jechać dalej, ale przez moje nogi zmuszeni jesteśmy zweryfikować plany. Podczas śniadania zagaduje nas chłopak z obsługi i pyta czy wybieramy się wieczorem na pokaz tańców lankijskich. Mówię, że chcielibyśmy, ale teraz idziemy na autobus, by pojechać do Pinnawala i nie wiem czy zdążymy wrócić. Proponują nam jednak wzięcie taksówki za 2500Rs, która w tej cenie zawiezie nas do sierocińca dla słoni, przywiezie do centrum i podrzuci na tańce.
Na śniadanie jemy tosty z dżemem - mamy dosyć jajek w każdej postaci. Potem ja pierwszy idę na masaż. Lucyna w tym czasie robi sporą przepierkę, z sakwami i workami włącznie. Godzinny masaż mnie rozleniwia. Całe ciało łącznie z pachwinami, stopami, palcami, uszami, głową masowane jest i ugniatane różnymi olejami. W pokoju muszę tak „naoliwiony”' poleżeć jeszcze 15 minut. Potem kąpiel.

Ayurvedyjska sauna i stół do masażu w hotelu w Kandy.

W czasie, kiedy Lusi jest masowana, ja czyszczę przyczepkę. Wraca żonka zachwycona zabiegiem i rozleniwiona tak jak ja. Szybciutka kąpiel, sprzęt foto do plecaka i schodzimy na dół zapoznać się z ofertą hotelowego sklepiku z pamiątkami. W oko wpada mi posag Buddy odlany z brązu. Kawał pięknej ręcznej roboty. Takiego właśnie chciałem sobie kiedyś kupić. Cóż - cena nie dla mnie. Właściciel hotelu mówi mi, że te rzeźbę wstawił mu do sklepu jego znajomy artysta i do wieczora będzie znał cenę, za jaką może mi to sprzedać. Jednak uprzedzam go, że nie zobowiązuję się do kupna.
Przyjeżdża taxi. Chwilę potem grzęźniemy w gigantycznym korku. Niestety akurat dzisiaj z jakiegoś powodu zamknęli jedną nitkę drogi do Pinnawala. Na szczęście zdążyliśmy na karmienie słoni. Możliwość dotknięcia słonia, przebywania kilkunastu minut w towarzystwie stada i obserwowanie ich z takiego bliska, robi na nas niesamowite wrażenie. Małe słonie ssące jeszcze mleko matki; trochę większe, które już nie muszą chować się miedzy nogami dorosłych słoni i te duże, które rykiem strofują młodzież. Nie do opisania przeżycie! Nie wiemy już co filmować, czemu robić zdjęcie - szaleństwo!

Zaraz potem rozlega się dźwięk wydawany przez poganiacza słoni. To znak, że turyści mają opuścić teren, ponieważ słonie będą pędzone do rzeki na kąpiel.

Stado słoni w drodze na kąpiel w rzece.

W sklepiku przy sierocińcu kupujemy kilka wyrobów z tzw. papieru słoniowego. Wytwarza się go z odchodów słonia poddanych gotowaniu i rozdrabnianiu. Co ciekawe: w czystej postaci bez barwników, kolor papieru zależy od diety słonia.
Zaraz potem maszerujemy zobaczyć kąpiel słoni. Obserwujemy ten rytuał z tarasu pobliskiej restauracji. Przynajmniej żaden turysta nie wchodzi nam w obiektywy. Wstęp do sierocińca kosztował 500Rs od osoby (w tym kąpiel słoni).
W drodze powrotnej kupujemy czerwone banany (10Rs/szt.), które smakują wybornie. Oczywiście nie odpuszczamy też ananasowi :-). Pierwszy raz w życiu widzimy też grejpfruty wielkości ludzkiej głowy!
Kilkanaście kilometrów przed Kandy wstępujemy do tzw. ogrodu przypraw. Wstęp za darmo. Oprowadza nas dość irytujący jegomość, opowiadając jakie specyfiki robi się z poszczególnych roślin i na jakie dolegliwości one pomagają. Wmasowuje mi nawet jeden z olejków w moje obolałe nogi. Cała wycieczka kończy się wizytą w miejscowym sklepiku, gdzie ceny są oczywiście lichwiarskie, czyli 5-10 razy wyższe niż w normalnym sklepie ayurvedyjskim. Rozczarowujemy właściciela nic nie kupując. Po powrocie do Kandy mamy jeszcze czas na małe zakupy w miejscach poleconych przez kierowcę, który widać że wyjątkowo nie chce nas naciągnąć. Kupujemy rzeczone oleje do masaży, przyprawy i kadzidełka za naprawdę symboliczne pieniądze. Nie wiem kto to będzie woził!
Przed budynkiem, w którym odbywa się pokaz tańców zwalniamy taksówkarza. W budynku prawie sami turyści. Dostajemy rozpiskę z programem. No i się zaczyna. Trudno się filmuje i robi zdjęcia, ponieważ scena nie jest zbyt jasno oświetlona, a tancerze i tancerki są niezwykle ruchliwi. Muzyka wystukiwana przez bębniarzy potrafi wprawić w trans. Śpiewy, akrobacje, niesamowicie bogate stroje. No i na końcu połykacze ognia, którzy chodzą jeszcze po rozżarzonych węglach. A to wszystko za jedyne 300Rs.

Taniec z maskami kolam.

Po godzinnym pokazie wracamy do hotelu. Nie chce nam się już nigdzie chodzić. Cały czas strasznie bolą mnie nogi, a Lucyna od rana walczy z bólem głowy. Dajemy sygnał do kolacji, a w tym czasie buszujemy po sklepiku. Kupujemy czerwone, hinduskie kolczyki, żeby uzupełnić Lucyny sari. Kiedy płacę, obok wybranych rzeczy sprzedawca stawia też posążek Buddy. Oj, kusi mnie, kusi! Po negocjacjach cena spada o połowę. Hm… Mogę też zapłacić dolarami. Pasuje nam to, bo nie chcieli nam wymienić ich w banku ponieważ banknot był lekko popisany. Patrzę na ten posążek - małe dzieło sztuki. Lucyna mówi, że mam brać. Fakt, rozglądamy się za czymś podobnym przy każdej okazji, ale wszędzie turystyczna tandeta. Dobra, biorę. Nie będę się żonie sprzeciwiał :-).
Tego dnia czekają nas jeszcze dwa niesamowite przeżycia: jedno kulinarne - zamówione na kolacje krewetki okazują się najpyszniejszym daniem, jakie jedliśmy na Sri Lance. Po kolacji kąpiel parowa - prosta drewniana skrzynia (podobna do solarium), do której położyłem moje obolałe ciało. Następnie pani z obsługi, podstawiła pod nią miski z ziołami i olejami na specjalnej grzałce i moja skóra chłonęła te opary przez godzinę. Kapitalne zakończenie dnia!

3.10.2006
Niestety nadal nie jestem w stanie poruszać nogami. Zakwasy nic nie ustępują mimo, że kilkakrotnie wmasowuję w nogi olej Sidharta - ayurvedyjski specyfik na takie dolegliwości. Kolejna weryfikacja planów: zostajemy jeszcze jeden dzień z przeznaczeniem na opisanie zaległych dni, przegląd rowerów i zwiedzanie Świątyni Zęba. Pracownik hotelu zaprowadza nas do pobliskiej wytwórni batików, gdzie możemy obejrzeć cały proces produkcji. Żmudna, ręczna praca. Przed każdym etapem farbowania trzeba ręcznie nanieść wosk na miejsca, które mają pozostać niezabarwione. Jeszcze wizyta w przyfabrycznym sklepiku. Ceny jak na Batorym, czyli jak się później okazuje 10 razy wyższe niż w sklepie dla miejscowych. Oczywiście sklep nastawiony jest typowo na turystów, którzy przywożeni są tu masowo. Po drodze jeszcze fabryka jedwabiu oczywiście ze sklepem. Cena 9000Rs za 6m naturalnego jedwabiu jest jeszcze do negocjacji i pewnie za 6000 można byłoby go kupić, ale nie zależy nam aż tak bardzo na kolejnym sari.

Widok na centrum Kendy spod fabryki jedwabiu.

Bierzemy tuktuka i razem z naszym hotelowym towarzyszem jedziemy do centrum za zakupy. Potrzebujemy herbatę dla kilku osób. Planujemy kupno kilkunastu paczek po 50g (żeby nie wozić kilogramów herbaty). Niestety albo ekspresówka, albo paczki 200g albo jeszcze lepiej - pakowane w gazetę i obwiązane gumka! I takie właśnie powinniśmy kupić! A nam się zachciało ładnych torebek.

Paczki herbaty.

Trafiamy do sklepiku z dobrymi herbatami i pytamy, czy mają jakieś ozdobne torebki by ją spakować. Oczywiście, że mają, ale kilogramowe. Tłumaczę, że kupimy więcej niż kilogram tylko w kilku dawkach po 100g. Sprzedawca wyciąga jakieś cywilizowane opakowania, to nic, że od tureckiej herbaty :-). Uzgadniamy z nim 15 torebek po 100g. Pan mówi, że on w tych torebkach sprzedaje po 200g. P negocjacjach staje na tym, że zapakuje nam po 150g.Tym sposobem mamy 2250g herbaty! Chyba Lucyna powiezie to za karę ;-).
Wstępujemy na ciastko. Udaje nam się wypić do tego kawę mrożoną! Rewelacja tym bardziej, że od powrotu z Nuwara Eliya znowu wpadliśmy w upalny klimat. Tutejsza kawa tym bardziej nam smakuje, bo jest naprawdę dobrze zaparzona, co jest sporą rzadkością na wyspie. No i ta cena: za trzy kawy i 3 ciastka płacimy 125Rs, czyli ponad 1USD!
Potrzebujemy jeszcze lankijskie papierosy na pamiątkę dla mojego Teścia i szwagrów. Dobrze, że jest z nami chłopak z hotelu - on to załatwia w ten sposób, że dajemy kelnerowi kasę, a ten wie gdzie pójść i kupić najlepsze lankijskie papierosy. Nie dziwota, że do tej pory spotkaliśmy niewiele palących osób. Papierosy są drogie, droższe niż w Polsce.
Nasze pakunki trzeba podrzucić do hotelu, bo trudno zwiedzać świątynie z dwoma wielkimi siatami. Bierzemy tuktuka i nim też wracamy zaraz do Świątyni Zęba. Trzeba zdjąć buty. Nie jest łatwo chodzić po gorącej nawierzchni. Potem widzimy jak miejscowi chłodzą stopy „brodzikach” z bieżącą wodą. Do samej świątyni idzie się aleją parkową. Oczywiście wcześniej dokładna kontrola osobista. To skutek tego, że w 1998 roku przed bramą wybuchła ciężarówka z bombą podłożoną przez Tamilskie Tygrysy. Bramę odbudowano, pozostałości płaskorzeźb przechowuje się w muzeum. Wnętrze Świątyni jest przebogato zdobione malowidłami, rzeźbieniami i złoceniami. Po godzinnym zwiedzaniu postanawiamy wrócić tu wieczorem na pudżę.

1Świątynia Zęba w Kendy.

Wracamy do pokoju na drzemkę i by do końca uszykować się do wyjazdu. Lucyna jest specem w pakowaniu, więc ja zabieram się za mycie i przegląd rowerów. W Lucyny rowerze, w tylnym kole nie ma powietrza. W dętce jest mała dziurka. Chcę ją załatać, ale okazuje się, że klej w łatkach do niczego się nie nadaje. Łatam na „Kropelkę”.
W Świątyni Zęba jesteśmy ponownie o 18:00. Od paru minut słychać już było bębny. Kupuję kwiatka, by go złożyć w ofierze. Wewnątrz świątyni już mnóstwo wiernych, ale też bardzo dużo turystów. Nawet nie chcę wiedzieć co tu się dzieje w sezonie albo podczas festiwalu. Podczas pudży otwierane są drzwi do relikwiarza i można zobaczyć najświętszą relikwię – ząb Buddy, a w zasadzie to piękny złoty pojemnik na tę relikwię. Zapiera dech w piersi.

Relikwia Zęba Buddy podczas wieczornej pudży. Zdjęcie niestety nie ostre, bo robione z ręki.

Oglądamy jeszcze pobliskie małe świątyńki. Idziemy na kolację. Jadąc do Świątyni zobaczyliśmy Pizza Hut i właśnie tam postanawiamy zjeść kolację. W końcu czysty lokal. W końcu nie ryż, nie makaron, nie tosty i nie jajka! Zestaw dla dwóch osób: pizza, dwa napoje, chlebek czosnkowy i lody i dodatkowo zamówiony sok pomarańczowy kosztują nas w sumie tylko 600Rs!

4.10.2006
Czuję się nie najlepiej. Pomijając zakwasy, które uczepiły się mnie jak rzep psiego ogona, czuję się po prostu słabo.
Jakie to szczęście, że zdecydowaliśmy dzisiaj wstać bardzo wcześnie, by jak najszybciej opuścić porannie zakorkowane Kandy. Boli mnie gardło i ewidentnie coś jest ze mną nie tak: nie mam ani sił, ani chęci żeby jechać. Lusi już ochrzciła ten wyjazd mianem pierwszych wakacji, które ją zmęczyły! Fakt faktem, brakuje nam chociaż jednego dnia plażowego. W Matale robimy fotki przy pięknej, restaurowanej właśnie hinduistycznej świątyni.

Świątynia hinduistyczna w Matale.

Element dekoracyjny w świątyni w Matale.

Za Matale jest lekki zjazd. Czekam za Lucyną, bo coś dzisiaj zostaje w tyle. Lucyna mówi, że ciężko się jej jedzie, ponieważ ma cięższy bagaż i na zakrętach rzuca jej rowerem. Ale przyczyna jest trochę inna: uszło powietrze z wczoraj łatanej dętki. Nie mam czym jej załatać, więc chcę wymienić dętkę na nową. Niestety ta okazuje się fabrycznie dziurawa! Co za dzień! W takim razie dopompuję koło i w najbliższym warsztacie damy wszystkie dętki do łatania. Płacimy za załatanie wszystkiego 300Rs. Dosłownie 500m od warsztatu zatrzymujemy się po wodę. Kiedy Lucyna podchodzi do swojego roweru by uzupełnić bidon, słyszy uchodzące powietrze z koła. Cholera jasna! Co się dzisiaj dzieje? Znowu trzeba zmienić dętkę. Jak zwykle robi się małe zbiegowisko. Nie mam niestety tym razem ochoty na konwersacje skąd jestem, jak mam na imię, ile mam lat i gdzie jadę... Jestem wściekły.

Łatanie kolejnej tego dnia „gumy”.

Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymujemy się na obiad. Miejsce jest super, tym bardziej, że ogrodzie przy restauracji są jakieś ławki w cieniu, więc po obiedzie, można by przeczekać upał, który dzisiaj wyjątkowo nas męczy. Po godzinie od złożenia zamówienia dowiadujemy się, że nie mają tego, co zamawialiśmy i czy zamiast tego pytanie: czy może być kurczak? Ja zbieram siły leżąc na kanapie. Lusi dostaje głupawki i nakręca filmik z tutejszym muzycznym programem telewizyjnym. W porównaniu z występującymi w nim piosenkarzami, Marek Grechuta to prawdziwy showman! Przyniesione jedzenie rośnie mi w ustach. Nie jest dobrze. Chce mi się spać. Po obiedzie próbuję się zdrzemnąć na ławce w ogrodzie, a Lucyna nadrabia zaległości w pisaniu. Wyjeżdżając Lucyna zauważa, że znowu nie ma powietrza w kole. Szczerze powiedziawszy zaczynamy mieć tego dosyć. Postanawiam co jakiś czas dopompowywać koło, bo zostało nam jakieś 20km. I szczęście całe, że zaczęło być cały czas z górki. Czuję się tak fatalnie, że gdyby droga nie była taka łatwa, trzeba byłoby zatrzymać jakąś ciężarówkę, by nas podwieźć do najbliższego miasta. Po 3km Lucyna znowu nie ma powietrza w kole. Biedna męczy się na każdym metrze. Postanawiam wymienić dętkę i po raz kolejny sprawdzić oponę. Znajduję w niej maleńki drucik, którego wcześniej nie zauważyłem. Wcześniej wyjąłem z tej opony kolce i nic więcej nie było. Jest trochę przecięty bieżnik, ale został nam dzień jazdy, więc wytrzyma. Znowu stanowimy widowisko, ale już się do tego przyzwyczailiśmy. Zajeżdżamy do Dambuli zmęczeni i zniechęceni. Śpimy w Healey Tourist Inn. Duży czysty pokój z łazienką i ciepłą wodą za 1000Rs. Nie targujemy się, bo nie widzimy potrzeby wykłócania się o 3-6 zł. Niestety czuję, że mam gorączkę. Idziemy do centrum coś zjeść. Z trudnością znajdujemy pseudo chińska knajpę, w której jest tylko ryż i kurczak. Jedzenie znowu rośnie mi w ustach. Robimy zakupy spożywcze i wracamy do hotelu. Temperatura 37,6C. Pięknie! Lusi serwuje mi leki przeciwgorączkowe.

5.10.2006
Pobudka o 6:00. Temperatura nie minęła, jednak decyduję się pojechać z Lucyną do Sigiriya. Nie chcę by jechała sama, chociażby ze względów bezpieczeństwa. Ja i tak nie wejdę na górę, ale zaczekam na dole i trochę popiszę. Bilet kosztuje 2080Rs. Poszaleli z tymi cenami! Ilu turystów odchodzi z kwitkiem, bo nie stać ich na taki wydatek. Ale biały musi zapłacić, w końcu jemu pieniądze w doniczce rosną!
Dopisek Lucyny:
Zaraz doczepia się do mnie przewodnik. Mówię mu po angielsku, że dziękuję za jego pomoc, bo nie znam angielskiego oprócz kilku podstawowych słów. Dokładam kilka polskich zdań i mam go z głowy. Jestem zła, bo w tym kraju przez moment nie ma ciszy i spokoju, a samemu się jest tylko w pokoju hotelowym. Tym hałasem, bałaganem i byciem na cenzurowanym jestem zmęczona jak nigdy w całym moim życiu. Jest mi też smutno, że idę sama. Tak mało czasu spędzamy razem, że te wakacje dlatego tak mnie cieszyły, że spędzę je z mężem. Chociaż 3 tygodnie, a nie tylko weekend i to jeszcze dyskutując o firmie. Cóż, twardym trzeba być!
Oczywiście żadnych strzałek, znaków, nic! Po co to robić, skoro wtedy przewodnicy byliby zbędni?! Trochę poczytaliśmy o twierdzy w Sigiriya i nie potrzebuję, by ktoś szedł i całą drogę gadał. Wchodzi się lepiej niż myślałam, ponieważ nie ma ciągu schodów tylko małe odcinki. Ale jest co pokonywać pod górę. Widoki wynagradzają cały wczorajszy dzień. Widać nawet posąg Złotego Buddy ze świątyni w Dambuli. Docieram do jaskini z malowidłami. Cześć fresków zachowała się w bardzo dobrym stanie. Kiedy powstawały było ich około 500. Freski przedstawiają kobiety z nagimi piersiami w tradycyjnych strojach. Pan pokazuje mi jedna postać - Mona Lisa - mówi. I faktycznie, poruszam się w lewo potem w prawo, a ona cały czas patrzy mi prosto w oczy. Nie można używać lampy błyskowej. Strażnik jest tak miły, że dokłada mi światła, odsłaniając płachty zasłaniające freski przed słońcem. Schodzę metalowymi krętymi schodkami. Muszę iść powoli, bo dopiero połowa drogi, a nic dzisiaj nie jadłam, nie mam wody a muszę jeszcze zejść w dół! Robię mnóstwo fotek. To niesamowite jak oni postawili twierdzę na takiej skale, jak wdrapywali się po wykutych stopniach, które mają głębokość jedynie porządnego chwytu, a pod nimi kilkudziesięciometrowa przepaść! Mało tego, twierdza powstała w V wieku i potrafili doprowadzić wtedy wodę na wysokość 200m!A do dzisiaj położone na dole fontanny działają w porze deszczowej bez żadnego czyszczenia od 15 wieków!
Schodzę w dół i nie żałuję wydanych pieniędzy na bilet wstępu. Tym bardziej, że miejsce to magiczne chociażby ze względu na swą niezwykłą historię związaną z samozwańczym królem Kassapą. Kassapa wygnał z kraju w V wieku prawowitego następcę tronu, swego brata – Mogallanę. W tym czasie na szczycie Sigiryia zbudował niezdobywalną twierdzę. Gdy po latach Mogallana wrócił z Indii by odbić siłą co mu się należy, Kassapa tak był pewny swej potęgi, że postanowił zejść ze swej twierdzy i stawić mu czoła w regularnej bitwie. Bitwa zanim się rozpoczęła, to już w zasadzie się skończyła, bo słoń Kassapy się spłoszył, co zostało nieopacznie zrozumiane przez jego wojska jako odwrót. I skończyło się tym, że Kassapa w obliczu klęski popełnił samobójstwo.
Igor czeka na mnie. Wygląda kiepsko. Wracamy do Dambuli. Musimy coś zjeść. Ja jeszcze wybieram się do jaskiń. Trzeba się spakować i opuścić hotel. Po drodze jednak ustalamy, że Igor pójdzie do lekarza i sprawdzimy autobusy do Kolombo, bo nie ma cudu - do jutra nie będzie czuł się na tyle lepiej, by jechać rowerem.

Złota Świątynia w Dambuli.

Przy Złotej Świątyni u podnóża jaskiń prawie pustki. Oczywiście nie licząc pseudoprzewodników, handlarzy i żebraków. Pytam gdzie mogę kupić bilet do jaskiń. Mam iść do góry. Wchodzę kilkadziesiąt stopn,i ale tam strzałka informuje mnie, że po bilet muszę zejść na dół. Gubię się. No, ale strzałka jest strzałką. Z powrotnej drogi zawraca mnie niby przewodnik i mówi mi, że mam iść do góry. A bilet? - pytam. Pokazuje, że na górze. Pot leje się ze mnie, ale już się do tego przyzwyczaiłam. U góry ściągam buty, bo miejsce to jest święte. Próbuję wejść do jaskiń. Strażnicy żądają biletu, a ja mówię, że chcę go kupić. Oni na to, że bilety kupuje się na dole. Tłumaczę, że pytałam i kazano mi iść do góry. Pytam, czy mogę tutaj zapłacić, ale spotykam się z odmową. Pewnie bym to załatwiła, ale bileterów było czterech. Jestem wkuta maksymalnie. Schodzę na dół. Jestem bez śniadania i po Sigiriya nogi mi się trzęsą ze zmęczenia.
Idę do hotelu. Igor już wrócił od lekarza. Wizyta + leki 200Rs. Najprawdopodobniej grypa, ale nie jest to pewne. Leki zapakowane są w mini koperty, a na nich jest pieczątka jak stosować. Fajna sprawa, bo kupuje się tyle ile potrzeba na kurację.
Igor zamówił śniadanie, więc ja też się załapię. Igor jest tak slaby, że przy drugiej grzance musi się położyć. Odczekuję dłuższą chwilę i zanoszę mu resztę śniadania. Musi coś zjeść, by wziąć lekarstwa. Robimy okład na głowę i Igor ma się przespać. Zostajemy jeszcze jedną noc, bo nie ma możliwości by z temperaturą 38 stopni gdziekolwiek się ruszyć. Ja wynoszę się z pokoju i idę do holu na kanapę dalej opisywać nasze przeżycia. Po dwóch godzinach zaglądam do męża - zero poprawy. Nie wygląda to dobrze. Ja od wczoraj serwuję sobie wapno, bo jakiejś wysypki dostałam na brzuchu i nogach. W sumie gdyby z trzech tygodni odliczyć dni oczekiwania na bagaż i dni naszych chorób, to zrobiłyby się dwa tygodnie wakacji.
Idę kupić obiad. Igor chce tylko banany. Po drodze co chwilę ktoś mnie zaczepia. Wkurza mnie to, bo akurat tutaj mogliby przyzwyczaić się do turystów. Ktoś mówi „hello” - nie chce mi się odpowiadać. Ale ktoś natarczywie powtarza „hello” no to odpowiadam „hello”. Słyszę tekst „you are beauty, madame” (pani, jesteś piękna). Jedno, co mi przychodzi do głowy na odczepne, to „you too” (ty też). Zadowolona z siebie, wracam do Igora na obiad. Po posiłku za namową Igora, decyduję się ponownie uderzyć do jaskiń. Pełno ludzi: lankijczycy i turyści. Głównie słychać język włoski, francuski i niemiecki. Widzę już gdzie kupić bilet. Koszuje 500Rs. Normalna cena. Idąc do góry znowu muszę „walczyć” z zaczepialskimi handlarzami, chociaż jest ich o tej godzinie (15:30) o połowę mniej niż rano. Pewnie z dobrych zdjęć będą nici – myślę - bo tyle zwiedzających się kreci...
Zgodnie z poleceniem Igora zaczynam od końca, czyli od ostatniej z jaskiń. Jest mała, kilka posążków i super malowidła na sklepieniu. Idę do następnej i tak po kolei zwiedzam 5 jaskiń. Dobrze Igor wyczytał w przewodniku, żeby zacząć od najmniej ciekawej i zwiększać doznania artystyczne. Groty są coraz większe i bogatsze. Groty te odkryte zostały przez króla Valagama Bahu około 100 roku p.n.e. W jaskiniach tych przez kolejne wieki powstawały świątynie. Znajduje się tu posąg leżącego Buddy, dziesiątki posagów siedzącego Buddy, posąg ostatniego z fundatorów, czyli króla Kirti Sri Raja Singha, ale także posąg Wisznu i posażki bogów hinduistycznych. Niesamowite wrażenie robią na mnie freski. Bogactwo wzorów i barw jest oszałamiające. Cały czas trwają prace nad ich odnawianiem. W środkowej jaskini przewraca mi się statyw z aparatem. Schowała się jedna noga statywu. Jestem zła i bezsilna. Albo aparat, albo obiektyw albo jedno i drugie uległo uszkodzeniu. Czy na każdym wyjeździe musimy ponosić jakieś straty? W zeszłym roku cyfrówka, teraz to. Dalej robię zdjęcia - najwyżej nic z tego nie wyjdzie. Schodzę na dół, ale nóg już nie mam.

Igor ma temperaturę 39,0C. Aplikuję mu doksycyklinę. Przychodzą SMS-y z życzeniami dla dzisiejszego solenizanta, a on biedny leży pod moskitierą z okładem na czole. Nie wiem co robić. Jutro musimy dostać się do Negombo i tam spać, by wcześnie rano następnego dnia być na lotnisku. Zobaczymy co przyniesie ranek.

6.10.2006
O 8:00 mam 38,8C. Nie pomogły wczorajsze zimne okłady na ciało, ani tabletki. Fizycznie czuję się lepiej. Idziemy jeszcze raz do lekarza. Może jakiś zastrzyk? Zabieramy swoje strzykawki i igły. Lekarz powiedział, że wyklucza malarię. Ulga. Ewidentnie grypa, być może nałożona druga infekcja, do tego nałożone zmęczenie, zakwasy i jest jak jest. Ponieważ czuję się fizycznie o wiele lepiej, wstępujemy do Cafe Internet. Znowu Internet chodzi przez modem. Wrzucamy więc tylko tekst z 7 dni i kolejny raz rezygnujemy z ftpowania fotek.
Na dworcu autobusowym dowiadujemy się, że niestety nie ma bezpośredniego autobusu intercity do Kolombo i jest problem z zapakowaniem naszej ilości bagażu do autobusu przelotowego. Pozostaje wynajęcie taxi albo opcja tańsza, ale mniej wygodna i upierdliwa, to intercity do Kandy, a tam następny do Kolombo. Obydwoje nie mamy ochoty męczyć w autobusach się z naszymi bagażami, bo mamy tego około 80kg.
Jemy śniadanie i zaczynamy pakowanie. Hotel ma własną taksówkę i decydujemy się nią jechać i od razu do Negombo (taniej, spokojniej i bliżej lotniska). Ustalamy cenę 5000Rs. Wyjeżdżamy o 12:00. Po drodze mijamy plantacje kokosów. Z okien taksówki obserwujemy życie w tej okolicy. Widać miejscami ładne domy - duże i zadbane. Ale ulica dalej rządzi się tymi samymi prawami, np. w kabinie ciężarówki widać oprócz kierowcy piętkę dzieci, tuktukiem przewożony jest motor albo wystające w górę na parę metrów wiązki jakichś rur. Dalej jeden drugiemu zajeżdża drogę. Dzieci podwozi się do szkoły na ramie od roweru, na motorze mieszczą się rodzice z dwójką dzieci. I widok dla nas wyjątkowy: 1,5-metrowy waran, który przechodzi spokojnie przez jezdnię!
Myślimy o następnej wyprawie i chyba będzie to Ameryka Południowa, bo Lucyna ma definitywnie dość Azji! Chyba, że nie rowerami. Zresztą, jeśli wziąć pod uwagę nasze przygody zdrowotne, to raczej będzie to sanatorium ;-).
Na miejsce zajeżdżamy o 15:30. Hotelik znajdujemy bez większych problemów. Śpimy w Guest House Dephani nad samym morzem. Cena za czysty pokoik z ręcznikami, porządną moskitierą, balkonem z widokiem na morze - w sumie 1000Rs. Mają na miejscu kokosy z „własnego ogródka”, więc prosimy, by schowali dwa do lodówki. Nie ma to jak w końcu napić się schłodzonego soku kokosowego. W Meksyku często szło kupić kokosa z lodówki. Tutaj kokosy są jeszcze częściej, ale zawsze o temperaturze otoczenia. Zauważyliśmy, że Lankijczycy bardzo oszczędzają prąd - wszędzie wentylatory włączane są dopiero, kiedy usiądzie pod nimi biały; we wszystkich hotelikach słabe lub energooszczędne żarówki; napoje z lodówki uświadczysz tylko w większych miejscowościach lub restauracyjkach.
Idziemy nacieszyć się morzem. Gdyby nie moja choroba, bylibyśmy nad nim już drugi dzień. A tak mamy 2 godziny zanim zajdzie słońce. W Negombo na plaży spotykamy pojedynczych turystów. Nie ma mowy o kąpieli z brzegu – za duża fala. Pierwszy raz w życiu mamy okazję zaobserwować jak fala wyrzuca na brzeg kolorowe małże, które błyskawicznie jedną stroną muszli wwiercają się w mokry piasek by się schować. Spacerujemy krótko, bo co prawda fizycznie czuję się chwilowo lepiej, ale gorączka nadal się utrzymuje na poziomie 38C.

Łódki rybackie w okolicach Negombo.

Odpoczywamy pół godzinki na hotelowych leżakach, pijąc sok z ananasa i ice tea. Będziemy tęsknić za tymi specjałami, za świeżymi owocami i za krewetkami, których porcja osiąga tutaj zawrotną cenę 300Rs, czyli 9zł ;-). Właśnie takie danie serwujemy sobie na kolacje.
Lucyna próbuje pakować nas na jutro. Pakując worki przypomina sobie, żeby w jedno miejsce spakować bilety i paszporty. I wtedy sprawdzam bilety jeszcze raz i okazuje się, że wylot mamy nie jutro, tylko pojutrze. No to jak myśmy planowali całe trzy tygodnie, że ani raz nikt z nas nie połapał się w błędnych obliczeniach? Ładne rzeczy - jutro na lotnisku byśmy się nieźle zdziwili, nie wspominając o niepotrzebnym koszcie taksówki i bezsensownym targaniu bagaży. Lucyna dostaje napadu radości. Całą dzisiejszą drogę dyskutowaliśmy, że właśnie takich 2-3 dni na plażowanie nam tutaj brakuje. A tu masz: niespodzianka! Z głupiego niedopatrzenia, ale zawsze niespodzianka! No i może wydobrzeję przed podróżą.
Łykam następną partię leków. Temperatura znowu 38,5C. Biorę chłodny prysznic, by obniżyć temperaturę i szybciutko do łóżka. Z niepokojem czekam co będzie rano. W nocy temperatura spada mi wreszcie do 37,1C. Walczymy z komarami. Jak te bestie dostają się pod moskitierę?! Komary są tutaj takie jak w Egipcie - nie słychać ich, ale jak ugryzą to od razu robi się wielki bąbel. Igor ma pogryzione palce rąk, a ja plecy. Podwijamy moskitierę dookoła materaca i do rana mamy spokój.

7.10.2006
Dzień wita nas zachmurzonym niebem i lekkim deszczem. Nic to - tutaj o tej porze roku co chwilę zmienia się pogoda.
Na śniadanie jemy tradycyjnie tosty z dżemem, ale dostajemy także żółty ser! Domawiamy pomidory z cebulą i mruczymy z zadowolenia jak koty. Doczytujemy w menu, że mają też jogurt z miodem i różne owoce - wiemy już co będzie na lunch :-).
Po śniadaniu muszę odpocząć, bo znowu nasila się gorączka. Po godzinnej drzemce wracają mi siły witalne. Idziemy na plażę zrobić fotkę żaglówkom rybackim, których akurat kilka wypłynęło w morze. Potem kierunek centrum. Idziemy uliczką Levis Place z mnóstwem hotelików i ładnych domów z ogrodami. Mijamy piękny, duży kościół (w Negombo jest najwięcej kościołów na Sri Lance) i kilka przydrożnych kapliczek. Nie brakuje świątyni hinduistycznej i kapliczki buddyjskiej. Filmujemy i fotografujemy uliczne życie, w tym warsztat rowerowy lub krawca szyjącego w warsztacie zaraz przy ulicy.

Warsztat krawiecki w Negombo.

Centrum Negombo.

Po kolacji potwierdzamy jeszcze chęć wynajęcia taksówki na lotnisko i prosimy panią by nas podliczyła. Uczciwie jak nigdzie do tej pory, 10% obowiązkowy napiwek doliczony był tylko do posiłków, a nie do całości rachunku.
Idziemy dosłownie przed nasz hotel, ponieważ około 200m dalej jest kościół katolicki i ma być jakiś odpust. Od wczoraj na głównej ulicy miejscowi wieszali lampki i dekoracje, a my nie wiedzieliśmy dlaczego. Ulica wygląda niesamowicie: słupy z lampek choinkowych, lampiony poustawiane na chodniku, tunel utworzony przez sznury lampek powieszonych nad ulicą, obrazki święte i inne ozdoby. Uwierzcie mi, że u nas nie wygląda tak nawet w Boże Narodzenie. Tłum ludzi słuchających kazania. Odświętnie poubierane kobiety. Wszystko pulsuje światłem i dźwiękiem. Oczywiście przydrożne sklepiki pootwierane. Handlarzy odpustowych też nie brakuje. Spacerujemy, robimy kilka zdjęć i wracamy do pokoju. Trzeba dokończyć pakowanie. Lucyna po mistrzowsku redukuje nasz bagaż do jednej torby i dwóch worków. Oczywiście jeszcze dwa plecaki jako bagaż podręczny, no i rowery z przyczepką.
Całe popołudnie w pokoju paliła się spirala przeciw komarom, by w końcu mieć spokojną noc. Niestety pomimo tych zabiegów znowu dwa razy się budziliśmy w nocy, by zrobić polowanie na te owady. Za Chiny nie wiemy którędy wlatywały pod moskitierę!

8.10.2006
O 8:00 siedzimy już w taksówce. Na lotnisku przy odprawie małe spięcie, bo każą nam płacić za rowery. Trwa dyskusja, że rowery są spakowane w torby i mają być nadane jako normalny bagaż. Potem wychodzi, że mamy 10kg za dużo i trzeba zapłacić 40 Euro. OK. Za to możemy zapłacić. W każdym razie potem było ok. Okazało się też, że nie płaci się podatku wylotowego. Idziemy szukać jakiegoś „lounge'u'”. Są trzy, ale żaden nie obsługuje programu Miles&More. W takim razie zajmujemy krzesła przy najsensowniej wyglądającym bufecie i za 700Rs zjadamy porządne śniadanie. Ceny w lotniskowych sklepach są oczywiście wyższe, ale i tak jesteśmy nimi mile zaskoczeni. Wszystko jest jeszcze raz takie drogie, jak w normalnych sklepach, a nie 10 razy jak na innych lotniskach, czy „sklepach dla turystów”.
W samolocie mamy miejsca przy oknie - super! Lecimy nad Indiami, Arabią Saudyjską, Turcją. Piękne widoki. Po 10 godzinach lotu, lądujemy we Frankfurcie. Stąd lot do Berlina, skąd wracamy samochodem do Poznania.

<< poprzednia strona do góry następna strona >>