Igor Czajkowski - wyprawy i wyczyny rowerowe
Mapka    Zaczeło się od pecha    Supai    Sunset Crater i Wupatki   
Wielki Kanion    Monument Valley    Bryce Canion    Brian Head i okolice   
Supai

Zapadał zmierzch, gdy dojechaliśmy nad krawędź jednej z odnóg Wielkiego Kanionu, która nazywa się Havasu Canion. To znaczy droga się skończyła i pojawiła się przed nami wielka dziura w ziemi - niewyobrażalnie wielka!
Myśleliśmy, że znajdziemy tu jakiś motel, lub coś w tym rodzaju, a tu guzik - nawet żadnego sklepiku. Był tylko parking, na którym ludzie w samochodach powoli układali się do snu. Co gorsza nie było tu żadnego źródła bieżącej wody. Tego nie przewidzieliśmy. Za to spodziewali się tego „mieszkańcy” parkingu. Napełnili nam bidony i próbowali wybić nam z głowy pomysł zjechania w dół kanionu na rowerach. „Tam można tylko zejść na piechotę lub zjechać konno z przewodnikiem. Na rower jest za stromo.” – mówili. W tym momencie (zgodnie z typowo polską przekorą) wiedzieliśmy, że i tak zjedziemy na rowerach.
Noc spędziliśmy pod namiotem. Jak się później okazało, rozbiliśmy go na lądowisku dla helikopterów. No to mamy także niezamierzoną ułańską fantazję.

Rano naszym oczom ukazał się ten widok

Pobudka 7:00. Szybkie pakowanie namiotu. Do plecaków wkładamy co trzeba. Wsiadamy na rower i jazda w dół. Zjazd faktycznie nie należał do łatwych.

Na początku wiódł stromym szlakiem wijącym się po ścianie. Trzeba było trochę skakać, no i czasami nawet zejść z roweru. Po zjeździe ze ściany szlak zamienił się w grząski, szutrowy trakt. Nie było mowy o szybkiej jeździe.

Mijani turyści robili wielkie oczy, widząc nas na rowerach. Byli też wśród nich ci, którzy wczoraj odradzali nam ten środek transportu. W końcu po dwóch godzinach pokonaliśmy 13 kilometrów dzielące nas do wioski Supai. Mieszkają tu tylko Indianie ze szczepu Havasupai. Wioska położona jest w kotlinie, oddzielonej od „świata” kilkusetmetrowymi pionowymi ścianami.

W Supai

Otyłość tubylców była pierwszą rzeczą, która przykuła naszą uwagę. Otyłość to mało powiedziane. Może tutaj tusza świadczy o dobrobycie?
W biurze informacji turystycznej trzeba było uiścić opłatę za wstęp na teren rezerwatu Indian. Tam też zganiono nas za nocleg na lądowisku helikopterów i poinformowano, że dalej nie możemy jechać rowerami. Z żalem zostawiliśmy nasze rumaki i żwawym krokiem ruszyliśmy w dół kanionu, do owianych sławą wodospadów. To co zobaczyliśmy było rzeczywiście niesamowite. Są tam cztery wodospady. Nam udało się zobaczyć trzy, ale dopiero drugi Havasu Falls i trzeci Mooney Falls (licząc od góry) powalały swym pięknem. Wysokość tych cudów przyrody i niesamowity, turkusowy kolor wody powodują, że zapomina się o wszystkim. I dobrze. Po to się coś takiego robi, by oderwać się codziennych problemów.

Wodospad Havasu

Do podstawy trzeciego wodospadu wiódł karkołomny szlak zejściowy zakończony poręczówkami. Kąpiel w turkusowym jeziorku i inhalacje parą wodną dały nam siłę by wracać 5 km do Supai i 13 km na krawędź kanionu.

Wodospad Mooney

Po odebraniu rowerów nie ujechaliśmy za daleko. Znowu pech: Irkowi wykręcił się lekko pedał i wyrwał gwint. W żaden sposób nie można go było wkręcić z powrotem. Próbowałem naprawić gwint nożem, ale nic to nie dało. Trzeba więc było prowadzić rower. Na górę dotarliśmy o zmierzchu. Byliśmy kompletnie wyczerpani. Szczególnie ostatni, stromy odcinek dał się nam we znaki.

<< poprzednia strona do góry następna strona >>